Udalo sie! Spakowalismy sie!! Choc nie bylo to latwe. Przez ostatnie kilka dni robilismy zakupy i liczba rzeczy, ktore przywieziemy do Polski gwaltownie wzrosla. Odwiedzilismy w tym celu Chatuchack market. Jest to najwiekszy bazar w Bangkoku, mozna tam kupich chyba wszystko co produkuje sie w Tajlandi a na odwiedzenie wszystkich stoisk potrzebowalibysmy pewnie ze 2 dni - Chatuchack jest po prostu ogromny.
Do tej pory po Bangkoku poruszalismy sie glownie tuk-tukami. Wiatr we wlosach, szybki transport, emocje to niewatpliwe zalety jakie towarzyszyly temu srodkowi transportu. Niestety ma tez niezaprzeczalna wade: cene. O ktora trzeba sie za kazdym razem targowac z kierowca i jak latwo sie domyslec trudno jest wynegocjowac lepsza cene niz miejscowi. Przetestowalismy wiec taksowki.
Chcielismy udac sie do biura Aeroflotu, mielismy adres, telefon niestety nie wiedzielismy dokladnie gdzie to jest. Kierowca tez nie (chyba za bardzo nie potrafil czytac takich normalnych literek). Wiec zadzwonil ze swojego telefonu pod numer, ktory mielismy zapytal sie jaki jest adres biura :) Droga okazala sie dosc dluga a oplata za przejazd.. smiesznie niska: 85 batow czyli mniej niz 7 zloty :) Od tej pory jezdzilismy w Bangkoku juz tylko taksowkami :)
Dzisaj robilismy ostatnie zakupy spozywcze. Trafilismy do marketu gdzie ze swiezych obranych owocow pani robila swiezy sok. Sok w plastikowym opakowaniu z rurka kosztowal cale 10 batow!! :) Co po przeliczeniu na polskie daje 0,80 groszy. Ech tych niskich cen i tak innych niz w Polsce owocow bedzie mi bardzo brakowalo. W tym markeci kupilismy tez tacke z obranym i pokrojonym w plastry ananasem za 15 batow :)
Jutro wyjezdzamy z tego przyjaznego, taniego i sloneczego kraju, gdzie mielismy wrazenie z kazdym mozna porozumiec sie po angielsku. Wylatujemy zgodznie z planem i tak szczerze napisze, ze juz nie moge sie doczekac polskiego jedzenie i tego, zeby w menu znalazlo sie wreszczie cos innego niz ryz i kurczak.
Pozdrawiamy serdecznie i do zobaczenia w Polsce,
środa, 10 grudnia 2008
czwartek, 4 grudnia 2008
Phuket, Pucket ...czy jak ja zwal :)
Doplynelismy na kolejna wyspe. Troche wialo i kolysalo, ale dalismy rade. Jest pieknie i ...goraco!!! Piasek pazy w stopy, usta pieka od slonej wody, a skora od nadmiaru slonca.
Mieszkamy w hotelu przy Karon Beach. Mamy wileki pokoj z lazienka. Codziennie nowe reczniki, posciel ...swieza wode w lodowce i lod. Niesamowita odmiana po tygodniu spedzonym w bambusowej chatce pelnej mrowek i komarow :) ...mamy tez telewizor i CNN, dzieki ktoremu mozemy sledzic sytuacje na stolecznym lotnisku (he he :).
Plaza - inna niz na poprzednich wyspach. Szersza, dluzsza ...pelna turystow o bladych twarzach i lezakow do wynajecia. Woda niesamowicie czysta i lazurowa. Jest duzo ludzi starszych ...i bardzo duzo panow o wielkich brzuchach :) Wszystkie super laski w bikini (tzn. oprocz mnie :) zostaly na Phi Phi. Dzieci malo, nikt nie buduje zamkow z piasku... A Tajowie? oni chyba nie miewaja wakacji?! Ciagle pracuja! Od niedzieli do soboty (niedziele maja jako pierwszy dzien tyg w kalendarzu!) - naganiaja, woza, masuja i karmia turystow. Sa niesamowicie usluzni, ale i uciazliwi?!
Wracajac do turystow - jest tu bardzo duzo Niemcow i ludzi ze Skandynawii. Co krok szwedzkie restauracje?! bywa tez pizza i pasta :) Chyba ogolnie bogatsze menu w restauracjach, albo to my przezywamy ryzowy kryzys i szukamy alternatywy dla tajskiego jedzenia?! :)
Sa tez podstarzali goscie (wg mnie Amerykanie!), ktorzy prowadzaja sie z mlodymi Tajkami (miziaja je po kolankach w restauacjach itp). Niby to nie nowosc, ze roznych rozrywek szukaja ludzie w Tajlandii, ale wczesniej nie bylo to az tak widoczne?! (napisalabym: oblesne stare dziady ...ale tego nie zrobie! :)
Mieszkamy w hotelu przy Karon Beach. Mamy wileki pokoj z lazienka. Codziennie nowe reczniki, posciel ...swieza wode w lodowce i lod. Niesamowita odmiana po tygodniu spedzonym w bambusowej chatce pelnej mrowek i komarow :) ...mamy tez telewizor i CNN, dzieki ktoremu mozemy sledzic sytuacje na stolecznym lotnisku (he he :).
Plaza - inna niz na poprzednich wyspach. Szersza, dluzsza ...pelna turystow o bladych twarzach i lezakow do wynajecia. Woda niesamowicie czysta i lazurowa. Jest duzo ludzi starszych ...i bardzo duzo panow o wielkich brzuchach :) Wszystkie super laski w bikini (tzn. oprocz mnie :) zostaly na Phi Phi. Dzieci malo, nikt nie buduje zamkow z piasku... A Tajowie? oni chyba nie miewaja wakacji?! Ciagle pracuja! Od niedzieli do soboty (niedziele maja jako pierwszy dzien tyg w kalendarzu!) - naganiaja, woza, masuja i karmia turystow. Sa niesamowicie usluzni, ale i uciazliwi?!
Wracajac do turystow - jest tu bardzo duzo Niemcow i ludzi ze Skandynawii. Co krok szwedzkie restauracje?! bywa tez pizza i pasta :) Chyba ogolnie bogatsze menu w restauracjach, albo to my przezywamy ryzowy kryzys i szukamy alternatywy dla tajskiego jedzenia?! :)
Sa tez podstarzali goscie (wg mnie Amerykanie!), ktorzy prowadzaja sie z mlodymi Tajkami (miziaja je po kolankach w restauacjach itp). Niby to nie nowosc, ze roznych rozrywek szukaja ludzie w Tajlandii, ale wczesniej nie bylo to az tak widoczne?! (napisalabym: oblesne stare dziady ...ale tego nie zrobie! :)
Ceny jedzenia nie robia juz na nas takiego wrazenia, moze przywyklismy?! Za nocleg pierwszy raz tyle bulimy, ale za luksus sie placi :) No i udalo nam sie znalezc super tania kawiarenke w sasiedztwie - 18Baht'ow/h (ok1,5pln/h). Na Phi Phi chcieli prawie 10 razy tyle! Tak wiec teraz sobie nie zalujemy ...czytamy i piszemy! :) Udalo nam sie tez kupic zgrzewke wody w super lokalnym sklepie spozywczym: 6x1l za 25Baht'ow, co daje 2 pln (to tak z rekordow cenowych :)
Tak wiec smazymy sie, pocimy sie ...i pocimy sie :)
(nikt tu nie ubiera choinek, w sklepach nie slychac koled ...kupowanie swiatecznych prezentow zostawiamy w tym roku na ostatnia chwile?! ;)
Panorama na zatoke (punkt widokowy na Koh Phi Phi)
sobota, 29 listopada 2008
Tajskie (rajskie) wyspy
Do tej pory glownym srodkiem transportu, ktorym sie poruszalismy byly wielkie autobusy. Tym razem z Malezji do Tajlandi dostalismy sie minibusem. Transport to moze mniej wygodny ale na pewno szybszy. Wyjechalismy z Penango o 5 rano, przeprawilismy sie przez granice (2 odprawy paszportowe) i o 8 bylismy w Hat Yai.
Tam przesiadka do kolejnego minibusa. Kierowca trzeba przyznac oryginalny. Z wygladu tajski model, z zachowania hiszpanski macho ale trzeba przyznac prowadzil z jajem. Prednosc zadko schodzila ponizej 120 km/h a klika razy bylismy o wlos od zdezenia z innym samochodem (wyprzedzanie na trzeciego na b. waskiej drodze) ale na szczescie wszystko skonczylo sie dobrze.
Dojechalismy do Trang i tam przesiadka w kolejnego minibusa. Tym razem mialem wrazenie jakby kierowcy nigdzie sie nie spieszylo jechal tak spokojnie. Na Koh Lante dojechalismy lapiac po drodze jeszcze 2 promy i po prawie 12h podrozy (od wyjazdu z Malezji) bylismy na miejscu.
Niestety zostalismy tam zupelnie inne ceny niz te do ktorych bilismy przyzwyczajeni na polnocy Tajlandii. Jest b. drogo. Za obiad dla dwoch osob i napoje w Pai (na polnocy) placilismy niecale 200 batow (16 pln) a teraz na b. turystycznym poludniu ponad 400 batow (32 pln). Do tego internet 4 razy drozszy niz w Bangkoku 10 zlotych za godzine (na szczescie w naszym hostelu jest za darmo).
Teraz jestesmy na kolejnej wyspie Koh Phi Phi (tez b. turystycznej). Dostalismy sie tu duza lodzia razem z innymi turystami. Podroz trawala 2h troche bujalo. Na szczescie odbylo sie bez choroby morskiej.
Tutaj jest jeszcze wiecej turystow, za to wyspa jest wiele ladniejsze. Malutka z bialymi plazamy, lazurowym i cieplym morzem. Co ciekawe nie widzielismy tu zadnego samochodu to pewnie dlatego, ze nie ma tu drog po ktorych moglyby sie poruszac. Transport odbywa sie glownie lodziami (tak ludzi jak i zaopatrzenia). Na nabrzezach pelno jest naganiaczy, ktorzy zachecaja (choc lepiej pasuje slowo molestuja) turystow do skorzystania z usluch taksowek wodnych. Zycie na wyspie toczy sie przy brzegu, tu sa plaze, hostele, restauracje.. morze :)
Po poludniu zaczyna sie tu odplyw, morze sie znacznie cofa. Mozna potem isc w morze 20, 30 i wiecej metrow brodzac po kostki, z morza robi sie sadzawka.
Mieszkamy w bungalowie blisko plazy. Ciemno robi sie juz okolo godziny 18 a wieczor jest bardzo krotki. Zasypiamy przy dziekach swierszczy a budzi nas nad ranem chor egzotycznych ptakow.
Slonce niestety ukrywa sie wiekszosc czasu za chmurami ale i tak zdazylem sie juz zarozowic. Agnieszka kolorem przypomina bardziej tubylca niz przybysza z zimnej i mroznej Polski. Spedzimy tu jeszcze pewnie kilka dni w oczekujac na lepsza pogode i wylegujac sie na plazy.
Tam przesiadka do kolejnego minibusa. Kierowca trzeba przyznac oryginalny. Z wygladu tajski model, z zachowania hiszpanski macho ale trzeba przyznac prowadzil z jajem. Prednosc zadko schodzila ponizej 120 km/h a klika razy bylismy o wlos od zdezenia z innym samochodem (wyprzedzanie na trzeciego na b. waskiej drodze) ale na szczescie wszystko skonczylo sie dobrze.
Dojechalismy do Trang i tam przesiadka w kolejnego minibusa. Tym razem mialem wrazenie jakby kierowcy nigdzie sie nie spieszylo jechal tak spokojnie. Na Koh Lante dojechalismy lapiac po drodze jeszcze 2 promy i po prawie 12h podrozy (od wyjazdu z Malezji) bylismy na miejscu.
Niestety zostalismy tam zupelnie inne ceny niz te do ktorych bilismy przyzwyczajeni na polnocy Tajlandii. Jest b. drogo. Za obiad dla dwoch osob i napoje w Pai (na polnocy) placilismy niecale 200 batow (16 pln) a teraz na b. turystycznym poludniu ponad 400 batow (32 pln). Do tego internet 4 razy drozszy niz w Bangkoku 10 zlotych za godzine (na szczescie w naszym hostelu jest za darmo).
Teraz jestesmy na kolejnej wyspie Koh Phi Phi (tez b. turystycznej). Dostalismy sie tu duza lodzia razem z innymi turystami. Podroz trawala 2h troche bujalo. Na szczescie odbylo sie bez choroby morskiej.
Tutaj jest jeszcze wiecej turystow, za to wyspa jest wiele ladniejsze. Malutka z bialymi plazamy, lazurowym i cieplym morzem. Co ciekawe nie widzielismy tu zadnego samochodu to pewnie dlatego, ze nie ma tu drog po ktorych moglyby sie poruszac. Transport odbywa sie glownie lodziami (tak ludzi jak i zaopatrzenia). Na nabrzezach pelno jest naganiaczy, ktorzy zachecaja (choc lepiej pasuje slowo molestuja) turystow do skorzystania z usluch taksowek wodnych. Zycie na wyspie toczy sie przy brzegu, tu sa plaze, hostele, restauracje.. morze :)
Po poludniu zaczyna sie tu odplyw, morze sie znacznie cofa. Mozna potem isc w morze 20, 30 i wiecej metrow brodzac po kostki, z morza robi sie sadzawka.
Mieszkamy w bungalowie blisko plazy. Ciemno robi sie juz okolo godziny 18 a wieczor jest bardzo krotki. Zasypiamy przy dziekach swierszczy a budzi nas nad ranem chor egzotycznych ptakow.
Slonce niestety ukrywa sie wiekszosc czasu za chmurami ale i tak zdazylem sie juz zarozowic. Agnieszka kolorem przypomina bardziej tubylca niz przybysza z zimnej i mroznej Polski. Spedzimy tu jeszcze pewnie kilka dni w oczekujac na lepsza pogode i wylegujac sie na plazy.
poniedziałek, 24 listopada 2008
Koh Lanta
Wracajac do Tajladii zahaczylismy o Penang, jednak pobyt na tej malezyjskiej wyspie uznajmy za fakt niewiele wnoszacy do sprawy :) Jedyne co zapamietam, to to, ze spieklam sobie strasznie plecy (2 ostatnie noce wyciete z zyciorysu).
Obecnie jestesmy na Koh Lancie, mieszkamy nad samym morzem, dookola palmy kokosowe ...tylko pogoda malo rajska :( Slonca spodziewamy sie w weekend (a dzis dopiero poniedzialek!) Nie bardzo jest co zwidzac, nawet zmiana wyspy na Koh Phi Phi (co planujemy w najblizszym czasie?!) niewiele tym razem zmieni?! Tak wiec odsypiamy, dozywiamy okoliczne komary, po raz wtory rozsmamowywujemy sie w tajskiej kuchni i czekamy na slonce.
Obecnie jestesmy na Koh Lancie, mieszkamy nad samym morzem, dookola palmy kokosowe ...tylko pogoda malo rajska :( Slonca spodziewamy sie w weekend (a dzis dopiero poniedzialek!) Nie bardzo jest co zwidzac, nawet zmiana wyspy na Koh Phi Phi (co planujemy w najblizszym czasie?!) niewiele tym razem zmieni?! Tak wiec odsypiamy, dozywiamy okoliczne komary, po raz wtory rozsmamowywujemy sie w tajskiej kuchni i czekamy na slonce.
czwartek, 20 listopada 2008
Herbata w Cameron Highlands
Bez zalu opuscilismy pochmurne i deszczowe Kuala Lumpur i autobusem udalismy sie do Tanah Ratah najwiekszej miejscowosci na wyzynie Camerona (Cameron Highlands). Na wyzyny podobnie jak do Pai wiodla przepiekna droga. Jechalismy zboczem gory wsrod roslin, ktore u nas widuje sie w ogrodzie botanicznym albo w doniczkach. Tutaj wszedzie rosna wielkie.
Miasto Tanah Ratah jest malutkie, zlokalizowane w dolinie miedzy gorami. Mieszkamy tutaj w wielkim apartamencie, mamy lazienke w pokoju. W KL mielismy 6 metrow kwadratowych bez okna, o lazience nie wspominajac. Do tego w nocy cisza i spokoj, no moze poza swierszczami za oknem.
Dzis wybralismy sie na wycieczke. Pan Hindus obwiozl nas po okolicy. Oglodalismy: ogrod rozany, plantacje truskawek i herbaty, doline kaktusow i pasieke pszczol miodnych. Najwieksze wrazenie zrobila na mnie plantacja herbaty. Wszystko ladnie przystrzyzone i zadbane. Kazde zdjecie wychodzi jak pocztowka. Co ciekawe na wyzynach Camerona nie wyroznia sie por roku. Troche bardziej pada przez listopad i grudzien. Pozatym jest slonecznie. Caly rok zbieraja herbate, truskawki i wszystko co tu rosnie, jest zielono i wszystko kwitnie. Po prostu raj dla ogrodnikow (Agnieszka jest w niebo wzieta ;)
Miasto Tanah Ratah jest malutkie, zlokalizowane w dolinie miedzy gorami. Mieszkamy tutaj w wielkim apartamencie, mamy lazienke w pokoju. W KL mielismy 6 metrow kwadratowych bez okna, o lazience nie wspominajac. Do tego w nocy cisza i spokoj, no moze poza swierszczami za oknem.
Dzis wybralismy sie na wycieczke. Pan Hindus obwiozl nas po okolicy. Oglodalismy: ogrod rozany, plantacje truskawek i herbaty, doline kaktusow i pasieke pszczol miodnych. Najwieksze wrazenie zrobila na mnie plantacja herbaty. Wszystko ladnie przystrzyzone i zadbane. Kazde zdjecie wychodzi jak pocztowka. Co ciekawe na wyzynach Camerona nie wyroznia sie por roku. Troche bardziej pada przez listopad i grudzien. Pozatym jest slonecznie. Caly rok zbieraja herbate, truskawki i wszystko co tu rosnie, jest zielono i wszystko kwitnie. Po prostu raj dla ogrodnikow (Agnieszka jest w niebo wzieta ;)
wtorek, 18 listopada 2008
KL czyli pierwsze wrazenia z Malezji
Pierwotnie pomysl na podroz zakladal wizyte w Laosie. Zeby zobaczyc mnichow, jeszcze wiecej swiatyn buddyjskich, posmakowac innego jedzenia. No ale zaczelismy sie rozgladac w Pai za mozliwoscia dotarcia do Laosu. W skrocie wygladalo to tak. Autobus z Pai wyrusza o 23 przy granicy laotanskiej jestesmy o 4 rano. Czas na drzemke 4h, gdyz granice otwieraja dopiero o 8 i wtedy mozna starac sie o wize. Potem po przekroczeniu granicy 2 dni na statku i jedna noc na ladzie. Wszystko tylko po to zeby dostac sie do Luang Prabang - miasta, ktore jest slawne z mnichow, swiatyn buddyjskich itd.
Szczerze przyznam, ze perspektywa ogladania kolejnych wielu podobnych do siebie swiatyn, do tego ogladanie wielu podobnych do siebie mnichow troche nas zniechecalo. Sprawdzilismy tez jak potem dostac sie z Laosu na Phuket, nie bylo to ani latwe ani przyjemne. Kolejna rzecz, ktora nas odstraszyla od Laosu to wiza, za ktora trzebaby zaplacic ok 30 dolarow. Stwierdzilismy, ze dziekujemy.
Szybko rozwazylismy opcje i stwierdzilismy, ze wybieramy Malezje gdyz:
Tylko jeszcze wczesniej musielismy sie dostac spowrotem do Chiang Mai. Bardzo widokowa ale jednek bardzo meczaca droga 750 b. ostrych zakretow. Wszystkim udajacym sie do Pai albo w przeciwnym kierunku polecamy awiomarin. Nam w autobusie bylo b. niedobrze i nie wiem czy to z tego powodu, ale niedobrze czulismy sie jeszcze przez 3 kolejne dni.
W Air Asia szok, super nowoczesny, nowiusienki Airbus. Do tego panie stewardessy jak z prospektu reklamujacego uroki Malezji albo z konkursu miss Malezja.
W KL kolejny szok. Spodziewalismy sie, ze bedzie goraco i parno.. ale bez przesady, przeciez tu jest teraz chlodna pora roku. Codziennie jak tu jestesmy temperatura przekracza 30 stopni, do tego wilgotnosc, siegajaca ponad 80 procent, codziennie pada (tak nie wiecej niz godzine).
W Kuala Lumpur mieszanka roznych kultur. Malajowie, Chinczycy, Hindusi, Arabowie. Kobiety z hustami na glowie. W Tajlandi nie widzielismy meczetow, tutaj jest ich sporo. Nie widzielismy za to zadnej buddyjskiej swiatyni. Miasto podoba mi sie bardziej niz Bangkok, wiecej nowoczesnych budynkow, duzo zadbanych parkow.
Jeden z nich zwiedzlismy: Ogrod nad jeziorem, a w nim ogrod orchidei, hibiskusow i park motyli. Wszystko bardzo ladnie urzadzone. Mamy mnostwo zdjec ze storczykami. W parku mozna bylo tez kupic niektore okazy niestety ceny byly b. wysokie.
Bylismy tez w centrum handlowym, w ktorym jest najwiekszy na swiecie park rozrywki pod dachem "Cosmos World". Nie zdecydowalismy sie na podroz kolejka gorska ze wzgledu na sporzyty wczesniej posilek ale wygladala imponujaco.
Malezja zaskoczyla nas b. dobra kuchnia i wysokimi (w porownaniu z Tajlandia) cenami. Na razie numerem jeden dla nas jest kurczak w sosie slodko kwasnym z warzymami i oczywiscie ryzem ;)
Szczerze przyznam, ze perspektywa ogladania kolejnych wielu podobnych do siebie swiatyn, do tego ogladanie wielu podobnych do siebie mnichow troche nas zniechecalo. Sprawdzilismy tez jak potem dostac sie z Laosu na Phuket, nie bylo to ani latwe ani przyjemne. Kolejna rzecz, ktora nas odstraszyla od Laosu to wiza, za ktora trzebaby zaplacic ok 30 dolarow. Stwierdzilismy, ze dziekujemy.
Szybko rozwazylismy opcje i stwierdzilismy, ze wybieramy Malezje gdyz:
- za wize nie trzeba placic - dla obywateli Polskich wiza turystyczna jest wydawana na 90 dni za darmo
- mozna tu spotkac wieksza mieszanke kultur niz w laosie
- latwiej bedzie sie dostac na Phuket
Tylko jeszcze wczesniej musielismy sie dostac spowrotem do Chiang Mai. Bardzo widokowa ale jednek bardzo meczaca droga 750 b. ostrych zakretow. Wszystkim udajacym sie do Pai albo w przeciwnym kierunku polecamy awiomarin. Nam w autobusie bylo b. niedobrze i nie wiem czy to z tego powodu, ale niedobrze czulismy sie jeszcze przez 3 kolejne dni.
W Air Asia szok, super nowoczesny, nowiusienki Airbus. Do tego panie stewardessy jak z prospektu reklamujacego uroki Malezji albo z konkursu miss Malezja.
W KL kolejny szok. Spodziewalismy sie, ze bedzie goraco i parno.. ale bez przesady, przeciez tu jest teraz chlodna pora roku. Codziennie jak tu jestesmy temperatura przekracza 30 stopni, do tego wilgotnosc, siegajaca ponad 80 procent, codziennie pada (tak nie wiecej niz godzine).
W Kuala Lumpur mieszanka roznych kultur. Malajowie, Chinczycy, Hindusi, Arabowie. Kobiety z hustami na glowie. W Tajlandi nie widzielismy meczetow, tutaj jest ich sporo. Nie widzielismy za to zadnej buddyjskiej swiatyni. Miasto podoba mi sie bardziej niz Bangkok, wiecej nowoczesnych budynkow, duzo zadbanych parkow.
Jeden z nich zwiedzlismy: Ogrod nad jeziorem, a w nim ogrod orchidei, hibiskusow i park motyli. Wszystko bardzo ladnie urzadzone. Mamy mnostwo zdjec ze storczykami. W parku mozna bylo tez kupic niektore okazy niestety ceny byly b. wysokie.
Bylismy tez w centrum handlowym, w ktorym jest najwiekszy na swiecie park rozrywki pod dachem "Cosmos World". Nie zdecydowalismy sie na podroz kolejka gorska ze wzgledu na sporzyty wczesniej posilek ale wygladala imponujaco.
Malezja zaskoczyla nas b. dobra kuchnia i wysokimi (w porownaniu z Tajlandia) cenami. Na razie numerem jeden dla nas jest kurczak w sosie slodko kwasnym z warzymami i oczywiscie ryzem ;)
poniedziałek, 17 listopada 2008
Goood Mooorning... Kuala Lumpur?!
Nieco pozmienialy sie nam plany. Okazalo sie, ze od strony Laosu wieja niesprzyjajace wiatry i z Malezji bedzie nam duzo latwiej dostac sie na wymarzone tajskie/rajskie plaze. Tak wiec chwilowo zwiedzamy stolice, a juz pojutrze wyruszamy na polnoc.
Cieszymy sie, ze ktos nas czyta ...i komentuje nasze wpisy! :D
Pozdrawiamy Was wszystkich goraco!!!
Do napisania
Agnieszka i Rafal
Cieszymy sie, ze ktos nas czyta ...i komentuje nasze wpisy! :D
Pozdrawiamy Was wszystkich goraco!!!
Do napisania
Agnieszka i Rafal
piątek, 14 listopada 2008
PAI ...c.d. Loi Krathong i Slonie
Miasteczko Pai znajduje sie jakies 100 km od Chiang Mai (na polnocny-zachod). Droga do niego wiedzie przez gory i lasy (egzotyczne i gorace), a trwa ok3h. Trasa rewelacyjna i przepiekna, gdzieniegdzie male wioski wzdloz drogi... ale musze przyznac, ze mnie ta niesamowita ilosc zakretow oraz podjazdow i zjazdow przyprawiala o mdlosci. Jednak teraz juz wiem, ze bylo warto tu dotrzec ( w sekrecie zdradze, ze jestesmy oczarowani! :D)
Latwo znalezlismy hostel - jest ich tutaj na peczki ...ale turystow tez od zatrzesienia. Mamy teraz caly bambusowy domek tylko dla siebie :) No i oczywiscie restauracje - na kazdym rogu, co krok, co dwa... Bary, stragany z jedzeniem.. Oni (Tajowie) chyba nigdy nie jadaja w domu?! :) Miasteczko bardzo turystyczne, oferujace mnostwo atrakcji - my wybralismy Elephant camp i przez 2h jezdzilismy na sloniu po lesie i plywalismy z nim w rzece. Super sprawa! Niesamowita frajda! :) Dzis wynajelismy skuter i zwiedzalismy okolice (wodospady, gorace zrodla, kaniony, zabytkowe mosty i ...wsie :). Sama nie wiem od czego bardziej bola nas pupy - od tej jazdy na sloniu, czy od dzisiejszej szarzy na "zielonej strzale"?! :D
Zalapalismy sie tez na 2 kolejne dni Festiwalu swiatla, ktory tym razem duzo bardzej "przezylismy". We wspolnej zabawie uczestniczyli praktycznie wszyscy mieszkancy (tubylcy i turysci!). Ulice udekorowane byly lampionami, swiecami... Puszczano wianki z kwiatow (ze swieczkami) na rzece i latajace lampiony (sami nawet taki zakupilismy, zapalilismy i ...wyslalismy w kosmos - z naszymi zyczeniami! :). Wszystkiemu towarzyszyly pokazy tancow, muzyka ...i stragany z jedzeniem! :D
Co do jedzenia, to moze pare slow o owocach - ich sobie nie zalujemy! :D Ja wcinam mango (zolte!!! ...bo jest tez zielone - z roznych powodow tansze i gorsze) oraz kokosa, za ktorym Rafal raczej nie przepada :P Sa dziwne, zielonkawe mandarynki z duza iloscia pestek, ale smaczne i ...tanie :) Dragon Fruit'em i Passion Fruit'em tez nie pogardzimy (niestety nie znam polskich nazw). Ogolnie: jemy to, co lubimy, czego nie znamy, co w Polsce jest drogie... itd :)
Latwo znalezlismy hostel - jest ich tutaj na peczki ...ale turystow tez od zatrzesienia. Mamy teraz caly bambusowy domek tylko dla siebie :) No i oczywiscie restauracje - na kazdym rogu, co krok, co dwa... Bary, stragany z jedzeniem.. Oni (Tajowie) chyba nigdy nie jadaja w domu?! :) Miasteczko bardzo turystyczne, oferujace mnostwo atrakcji - my wybralismy Elephant camp i przez 2h jezdzilismy na sloniu po lesie i plywalismy z nim w rzece. Super sprawa! Niesamowita frajda! :) Dzis wynajelismy skuter i zwiedzalismy okolice (wodospady, gorace zrodla, kaniony, zabytkowe mosty i ...wsie :). Sama nie wiem od czego bardziej bola nas pupy - od tej jazdy na sloniu, czy od dzisiejszej szarzy na "zielonej strzale"?! :D
Zalapalismy sie tez na 2 kolejne dni Festiwalu swiatla, ktory tym razem duzo bardzej "przezylismy". We wspolnej zabawie uczestniczyli praktycznie wszyscy mieszkancy (tubylcy i turysci!). Ulice udekorowane byly lampionami, swiecami... Puszczano wianki z kwiatow (ze swieczkami) na rzece i latajace lampiony (sami nawet taki zakupilismy, zapalilismy i ...wyslalismy w kosmos - z naszymi zyczeniami! :). Wszystkiemu towarzyszyly pokazy tancow, muzyka ...i stragany z jedzeniem! :D
Co do jedzenia, to moze pare slow o owocach - ich sobie nie zalujemy! :D Ja wcinam mango (zolte!!! ...bo jest tez zielone - z roznych powodow tansze i gorsze) oraz kokosa, za ktorym Rafal raczej nie przepada :P Sa dziwne, zielonkawe mandarynki z duza iloscia pestek, ale smaczne i ...tanie :) Dragon Fruit'em i Passion Fruit'em tez nie pogardzimy (niestety nie znam polskich nazw). Ogolnie: jemy to, co lubimy, czego nie znamy, co w Polsce jest drogie... itd :)
Na sloniu przez "dzungle" :)
środa, 12 listopada 2008
Chiang Mai - Loi krathong
Pierwsze wrazenie drog w Tajlandii bylo niesamowite. Cztero pasmowa autostrada i to jeszcze na podwyszeniu. Ruch lokalny odbywal sie na nizszym poziomie. Samochody w Tajlandi wygladaja jakby przed chwila wyjechaly z salonu. Nowe Tojoty, Nissany, Hondy, Isusu.. innych marek praktycznie nie uswiadczysz. Do tej pory nie widzialem zadnego audi, o skodzie, secie itp "europejskich" markach nie wspominajac.
Podroz z Bangkoku do Chiang Mai odbywala sie poczatkowo w zblizonych warunkach, tylko ze tym razem my jechalismy po trzy pasmowej drodze ekspresowej a wyzej tez jechaly samochody. Niestety pomimo tego, ze drogi byly w idealnym stanie to niestety podroz do Chiang Mai do najprzyjemniejszych nie nalezala. Autobus co chwile sie zatrzymywal, bo albo trzeba bylo zatankowac, cos zjesc albo przestalaly dzialac kierunkowskazy i kierowca musial sie zatrzymac cos rozkrecic, postukac, itd.
Chiang Mai zachwycilo nas iloscia i jakoscia buddyjskich swiatyn. Pierwszy raz mielismy okazje widziec tylu mnichow z tak bliskiej odleglosci ;)
W dniach gdy bylismy w Chiang Mai odbywal sie festiwal swiatla (loi krathong). Wszystkie swiatynie byly specjalnie przystrojone, wieczorem mnisi puszczali wilkie lampiony-balony, ktore unosily sie potem nad miastem i mozna je bylo obejrzec w pelni ksiezyca. W miescie takze wisialo i swiecilo wiele lampionow.
W Chiang Mai nie obylo sie bez eksperymentow kulinarnych. Najpierw jedlismy makaron z orzeszkami, polany sosem paprykowym (10 bth ok 0,8 groszy) za godziwej wielkosci porcje. Potem poszlismy na nocny targ i tam kurczak smarzony w sezamie z ryzem w stylu koreanskim (40 bth) oraz kurczak w panierce z warzywami (35 bth) a potem na deser mango z ryzem (35 bth). Potrawy smaczne, tanie i zdrowe. Jak na razie obylo sie bez przygod zoladkowych ;)
Jedziemy do Pai gdzie zabawimy sie w Stasia i Nel i bedziemy jezdzic na Sloniu :)
Festiwal swiatlaWat Phra That Doi Suthep
Dziadki z makaronem
Konsumpcja :)
niedziela, 9 listopada 2008
Bangkok c.d.
Staralismy sie jak najlepiej wykorzystac te 3 dni. Mieszkalismy w jednej z najstarszych, a wg przewodnikow najtanszych, dzielnic Bangkoku. Duzo udalo sie zwiedzic podrozujac pieszo lub jezdzac tuk-tukiem - nieopisane przezycie :) Byl to zdecydowanie weekend handlowy; sobotni poranek spedzilismy na targu kwiatowym i owocowo-warzywnym. Pozniej trafilismy do China Town - gdzie przygniotly nas niesamowite ilosci ludzi, ubran, tkanin i dodatkow krawieckich wszelkiego rodzaju. Popoludnie - w domu handlowym, a niedzielny poranek - dla odmiany na najwiekszym weekendowym targu - Chatuchak i w "centrum ogrodniczym":)
Moze jak sie napatrzymy, to nie bedziemy musieli kupowac?! :) W tym momencie wszelkie zakupy odkladamy "na potem", nie ma co dokladac do i tak juz ciezkich placakow .
Tak wiec ogladamy, robimy zdjecia, a w wolnych chwilach szukamy Buddy (lezacego, stojacego, szmaragdowego itd :) lub miejsca na posilek, co latwe nie jest - nadal omijamy wielkim lukiem uliczne stragany z jedzeniem. Wiekszosc napotykanych "restauracji' tez nie bardzo cieszy sie naszym zaufaniem. W kazdym razie - glodni nie chodzimy, do temperatury tez powoli sie przyzwyczajamy...
Zobaczymy jak bedzie na polnocy - o 18:00 wyruszamy Vip-Busem do Chiang Mai (12h drogi). Pod wieczor chcemy uczesniczyc w Festiwalu Swiatla ...i nocnym targu, gdzie podobno mozna sie dobrze najesc :D
Moze jak sie napatrzymy, to nie bedziemy musieli kupowac?! :) W tym momencie wszelkie zakupy odkladamy "na potem", nie ma co dokladac do i tak juz ciezkich placakow .
Tak wiec ogladamy, robimy zdjecia, a w wolnych chwilach szukamy Buddy (lezacego, stojacego, szmaragdowego itd :) lub miejsca na posilek, co latwe nie jest - nadal omijamy wielkim lukiem uliczne stragany z jedzeniem. Wiekszosc napotykanych "restauracji' tez nie bardzo cieszy sie naszym zaufaniem. W kazdym razie - glodni nie chodzimy, do temperatury tez powoli sie przyzwyczajamy...
Zobaczymy jak bedzie na polnocy - o 18:00 wyruszamy Vip-Busem do Chiang Mai (12h drogi). Pod wieczor chcemy uczesniczyc w Festiwalu Swiatla ...i nocnym targu, gdzie podobno mozna sie dobrze najesc :D
czwartek, 6 listopada 2008
Pierwsze godziny w stolicy
Jest goraco, duszno i wilgotno!!! Po wyjsciu z lotniska prawie nas zwalilo z nog. Miasto ogromne, niesamowicie roznorodne i pelne kontrastow. Pomiedzy rozpadajacymi sie ruderami pna sie ku niebu wiezowce po 40 pieter. Na progu ekskluzywnego sklepu z bizuteria - dziadek reperujacy buty, panie szyjace na maszynach. Wszedzie ....i nieodlacznie stragany z jedzeniem (pieczonym, smazonym, gotowanym...przy samej ulicy). Nie mamy odwagi sprobowac, bo coz to by byl za nie fart przekrecic sie na samym poczatku podrozy?! :) ...ale postaramy sie to wszystko sfoczyc. No i ta zielen - raj dla ogrodniczki!!! :) Palmy kokosowe, bananowce, rosliny, ktorych u nas bez doniczki nie uswiadczysz - rosna wzdluz ulic, wspinaja sie po domach, ogrodzeniach... Szal cial :D
Pozostaje szybko sie aklimatyzowac i zwiedzac...
Zwiedzac i "ladowac bateryjki":)
Pozostaje szybko sie aklimatyzowac i zwiedzac...
Zwiedzac i "ladowac bateryjki":)
Nie taki Aeroflot straszny ...jak go maluja :)
Udalo sie ...i dolecielismy szczesliwie do Bangkoku! Przezylismy nawet 4h oczekiwania na lot w Moskwie, gdzie wbrew oczekiwaniom naszych znajomych, wcale nie zamkneli nas w klatce :P Zobaczymy jaki bedzie powrot - chwilowo przeraza mnie sama mysl o 11h lotu!
Ale do dnia powrotu musi uplynac jeszcze wiele wody w Chao Praya :D
Ale do dnia powrotu musi uplynac jeszcze wiele wody w Chao Praya :D
poniedziałek, 20 października 2008
Na dobry początek..
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)













